![]()
Ciągle coś razem robiliśmy, a ja miałam z tego czasem większą przyjemność niż oni - mówi Dorota Zawadzka, superniania, mama Pawła (21 lat), studenta psychologii, i Andrzeja (17 lat), ucznia klasy maturalnej. - Synowie wspominają, że największą radością były dla nich nasze wspólne poszukiwania np. odpowiedzi na pytanie, czy zebra jest biała w czarne paski, czy czarna w białe
Opracowała: Alina Gutek
ZDJĘCIA: Zosia Zija I Jacek Pióro
Macierzyństwo to najtrudniejsza rola w życiu? Absolutnie się nie zgadzam. Znam wiele trudniejszych ról. Ta zaś jest najważniejsza. Oczywiście jeśli sobie na początku drogi powiemy: „wychowanie jest najtrudniejsze", to będzie najtrudniejsze. Wmawianie sobie czegoś podobnego jest jak samosprawdzająca się przepowiednia.
„Jestem boski" - żartował przez wiele lat mój starszy syn. Ale moi synowie są naprawdę super. Nigdy na nich nie narzekam. Jeżeli mam jakieś „ale", to oni wiedzą pierwsi. O tym, co mi się nie podoba, mogę jeszcze porozmawiać z moim mężem, rzadziej z ich ojcem, bo przed ojcem trochę ich wybielam. Uważam, że należy o dziecku i do dziecka o nim samym mówić jak najlepiej, bo to buduje w jego myśleniu obraz siebie jako kogoś fajnego, mądrego. Im więcej pompujemy ten balonik - że jest fantastyczny, że mu się uda - tym lepiej. Oni wierzyli, że skoro mówimy „uda się", to się uda. I rzeczywiście na ogół im się udawało. Oczywiście, czasami się czepiam, ale myślę, że zbudowałam w nich obraz siebie, na który lubią patrzeć.
Są różni. Paweł, huraoptymista, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Andrzej, trochę malkontent, dzieli włos na czworo. Nic dziwnego, że chodzi mu po głowie filozofia jako kierunek studiów.
Obydwaj poszli do szkoły rok wcześniej, a Paweł w dodatku przeskoczył z klasy pierwszej do trzeciej. Genialni? Bo przecież inteligencję dziedziczy się po mamie (śmiech). Nie szaleliśmy z wyborem szkoły. Najważniejsze według mnie, żeby dzieci ją lubiły. Wybrali najbliższe liceum. Paweł po maturze wymyślił, że od razu pójdzie do pracy. I przez dwa lata rano pracował, wieczorem studiował, a w nocy grał w klubach, bo jest didżejem. Chodził seledynowy, z niedowagą. Dramat. Powiedziałam: dość. Jesteś za młody, musisz mieć ze studiowania jakąś przyjemność, trochę jakiegoś wariactwa, luzu. Od półtora roku dorabia, ale dostaje od nas stypendium naukowe. A średnią ma powyżej 4, więc jest za co płacić.
Nie wzmacniałam w nich potrzeby rywalizacji. Zawsze podkreślałam, że ważniejsze jest współdziałanie. Mówiłam: Jesteś fantastyczny, rewelacyjnie wszystko robisz, ale pamiętaj, w klasie jest 26 dzieci, one też są świetne. Rodzice mówią często: jesteś najlepszy, a ja mówię: Jesteś super, ale możesz spotkać kogoś, kto będzie od ciebie bieglejszy w jakiejś dziedzinie. Bo nie możesz być niepokonany ze wszystkiego. Wyścig szczurów, w jaki wpuszczamy nasze dzieci, to coś karygodnego. Wydaje nam się, że one mają spełniać nasze oczekiwania, marzenia, bo myśmy się nie zrealizowali. Nigdy nie porównywałam ich wyników z osiągniętymi przez kolegów. Mieli o to pretensje: Ale inni dostali gorszy stopień. Odpowiadałam: Inni mnie nie interesują, ty się dla mnie liczysz. Pytałam, czy są zadowoleni z trójki. Jak byli, to i ja się cieszyłam. Jeżeli już w ogóle możemy coś porównywać, to porównujmy dzisiejsze osiągnięcia dzieci z ich poprzednimi wynikami.
Mądrość matczyna? A skąd! Ja się razem z nimi uczyłam świata. Jestem dużym dzieckiem do dzisiaj. Wciąż cieszę się drobiazgami, że coś urosło, zakwitło. Mój mąż najlepiej wie, co wyczyniam, jak leci nad głową samolot. Więc kiedy pojawiły się dzieci, to moje wewnętrzne dziecko mogło wreszcie się realizować. W zabawach, w odkrywaniu natury, zadawaniu pytań. Moi synowie wspominają, że największą radością było dla nich wspólne szukanie np. odpowiedzi na pytanie, czy zebra jest biała w czarne paski, czy czarna w białe. Sama byłam tego ogromnie ciekawa. Uwielbiałam eksperymenty paranaukowe, jakieś latające na sznurkach strzały. Myśmy ciągle coś robili, a ja miałam z tego czasem większą przyjemność niż oni. Wycięłam z gazety listę muzeów i je odwiedziliśmy. Co tydzień chodziliśmy do kina i zasada była taka: raz wybieram ja, potem Paweł, a następnym razem Andrzej. W ten sposób oni zaliczyli wszystkie komedie romantyczne, a ja kreskówki i science fiction. Nie zawsze ich filmy mi się podobały. Ale jak chcemy, żeby dzieci były do czegoś entuzjastycznie nastawione, sami musimy być tego entuzjastami.
Rysowałam z chłopcami, malowałam. Wszystko, co tworzyłam, było na poziomie, na jakim oni mogli się poruszać. Bo mamy robią błąd, kiedy rysują tak pięknie, że dzieci patrzą i mówią: Ja tak nie umiem. A moi synowie umieli. Mamy chcą być doskonałe. Traktują macierzyństwo przesadnie zadaniowo. Ja natomiast uważam, że zajmowanie się dziećmi ma również sprawiać przyjemność. Bycie matką nie jest za karę. Powtarzam kobietom, które myślą: muszę wyjść na spacer, muszę nakarmić, ustawcie sobie życie tak, żeby było wam wygodnie. Bo jeżeli wam będzie dobrze, to i dziecku będzie dobrze.
Trzy lata temu poproszono Pawła o wywiad. Przeczytałam. Jedno mnie wzruszyło - powiedział: swojej matce nigdy nie musiałem skłamać. Słyszeć coś takiego od dorosłego faceta to dla mnie jak dostać największy medal.
Warto się zakumplować. W przypadku Pawła wyszło mi to dobrze, ale z Andrzejem nie do końca, bo on jest bardziej zamknięty w sobie. Uczyliśmy ich z ojcem, że nie ma „nie, bo nie". To taki greps domowy. Zawsze trzeba było poprzeć swoje zdanie trzema argumentami. Nas też to obowiązywało. Czasami moje argumenty były emocjonalne, a ich racjonalne, i to ja musiałam ustąpić pola. Oni do dzisiaj są mistrzami w przekonywaniu.
Jako nastolatka nie doświadczyłam konfliktu pokoleń. Mogłam z moimi rodzicami rozmawiać o wszystkim. W moich relacjach z synami też nie wystąpił ten problem. Nie wiem, co to znaczy bunt nastolatka. Chłopcy nie mają przeciw
czemu się buntować. Owszem, krytykują, ale super, że krytykują. Siadamy i rozmawiamy. Przez okres dorastania dziecka można przejść na dwa sposoby: Wszystkiego zabronić, bo wiemy, co sami robiliśmy, albo przyznać, że robiliśmy to z głupoty. I szczerze o tym porozmawiać.
W kontakcie z nastolatkami trudne jest dla nas to, że oni dostrzegają, że nie jesteśmy idealni. Dopóki dziecko jest małe, możemy budować swój pomnik. Potem jednak rodzice powinni się odbrązowić.
Zawsze stawiałam synom granice. Wiedzieli, co im wolno, a czego nie, i kumplowaliśmy się w obrębie tego, co wolno. Nie byłam upiorzycą, ale jak coś powiedziałam, to dotrzymywałam słowa.
Synowie „wychowywali" mnie. Nauczyłam się od nich wielu rzeczy. Pamiętam: Paweł, miał wtedy 12 lat, mówi, że idzie gdzieś z kolegami. Wchodzę do pokoju, a tam lej po bombie. No to mówię: Wyjdziesz, jak posprzątasz. Wchodzę za 10 minut i widzę, że on jest ubrany, a wokoło jeszcze większy lej po bombie, bo przecież szukał ubrania. Mówię: Umówiliśmy się, że wyjdziesz, jak posprzątasz. A on spojrzał na mnie zdziwiony: Nie, mamo, to ty sama się umówiłaś. I od tej pory wiedziałam, że jak mamy coś załatwić, to musimy ustalić, jakie są moje oczekiwania, ale oni też muszą się wypowiedzieć.
Pewnego razu Andrzej opowiada coś, opowiada, a ja nagle wtrącam: o, zobacz, jakie fajne buty. On na to: Już skończyłem. - A dlaczego? - pytam. - Bo mnie nie słuchasz. - Ja oczywiście go słuchałam, ale jak to adehadowiec robię sto rzeczy naraz.
(...)
Więcej w Zwierciadle 11/2009
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group