Logo Zwierciadła

Zwierciadło

kontakt

Z forum...

Więcej na forum


Konkurs
Regulaminy

Sonda

Co sądzisz o adopcji?




Spotkania - 2010

Kanclerz Szymańska?

Dorota Szymańska

Dorota Szymańska

Kiedy w 1987 roku Dorota Szymańska zeszła z promu w Hamburgu i poprosiła o azyl, nie przypuszczała, że 22 lata później będzie kandydować do Bundestagu

Tekst: Joanna Król
Zdjęcia: Stefan Simonsen

 

– Jak się dowiedziałam, że Partia Zielonych wysunęła moją kandydaturę, byłam w euforii, dumna, że tyle osiągnęłam i przekonałam do siebie ludzi! Już nie miało znaczenia, czy się do tego parlamentu dostanę, czy nie. Było to nie tylko wyzwanie, ale też ukoronowanie mojej długoletniej pracy społecznej i walki o to, aby zaistnieć w tym społeczeństwie – mówi.

Na zdjęciach z kampanii: traktor obwieszony jej plakatami wyborczymi, obok kilka osób w białych kombinezonach i kaskach, Dorota trzyma plakat „Elektrownie jądrowe – nie, dziękuję”. – Przed bramą Bundestagu zrobiliśmy happening – wspomina. – Chcieliśmy ruszyć sumieniami Niemców.

Nie strzelać!

Na studia aktorskie w Krakowie się nie dostała. Na egzaminach na prawo oblała historię. Przez rok pracowała jako asystentka dentystyczna, bo chciała zdawać na stomatologię. Ale „grzebanie w zębach” nie sprawiało jej satysfakcji, więc zdecydowała się na pedagogikę kulturalno-oświatową na Uniwersytecie Jagiellońskim. – Zdałam bardzo dobrze i byłam ogromnie szczęśliwa, bo to studia dla wszystkich tych, którzy odpadli z uczelni artystycznych, a więc niedoszłych aktorów, muzyków, plastyków, taki fajny kocioł – wspomina.
Wszystko się zmieniło, kiedy pojechała na miesiąc do znajomego w Niemczech i ktoś jej powiedział, że można tu studiować. – Oszołomiła mnie taka możliwość bycia niezależną. Pomyślałam: dlaczego ja mam tego nie spróbować?!
Po pierwszym roku studiów oświadczyła rodzicom, że wyjeżdża. – Wtedy nie było innej możliwości wydostania się z Polski jak wycieczka promem. Mama sprzedała futro po cioci, żeby mi sfinansować ten prom. Płynął ze Świnoujścia do Hamburga i Kopenhagi. Kopenhagi już nie zaliczyłam. W Hamburgu zeszliśmy z moim chłopakiem na ląd i poprosiliśmy o azyl. Miałam wtedy 21 lat i jedynie podstawową znajomość niemieckiego. Śmiałam się później, że tak naprawdę znałam tylko „nicht schiessen!” („nie strzelać!”) z serialu „Czterej pancerni i pies”.

Na świńskich papierach

Plan był prosty: zatrzymują się u kolegi, uczą języka, idą na studia. Niestety, w owym czasie zmieniły się przepisy i proszący o azyl musieli spędzić przynajmniej rok w obozie dla uchodźców. Chodziło o to, by zniechęcać uciekinierów.
– Mieliśmy tzw. świńskie papiery: kartę ze zdjęciem, numerem i odciskami palców. Czuliśmy się jak kryminaliści. Myślę, że gdybym miała tyle lat co teraz, wróciłabym do Polski. Ale wtedy to była dla mnie frajda – żyliśmy jak na międzynarodowych koloniach. Zaprzyjaźniłam się z ludźmi z innych kontynentów, po raz pierwszy jadłam afrykańskie potrawy.
Wiedziała, że w każdej chwili może wrócić, ale traktowała emigrację jako sprawę honorową – chciała pokazać bliskim, że potrafi sama do czegoś dojść.
– Zawsze imponował mi ojciec, który pochodził z ubogiej robotniczej rodziny i ciężką pracą udało mu się zdobyć wykształcenie: skończył wyższą szkołę muzyczną w Katowicach, był pianistą. Chciałam mu pokazać, że ja też potrafię do czegoś w życiu dojść. Przez kilka miesięcy kroiłam całe beczki śledzi, śmierdzących jak jasny gwint! Pracowałam w kwiaciarni i w restauracji. Sprzątałam w hotelu. Oj, czego ja nie robiłam!
Uchodźcy dostawali zasiłek, dlatego nie wolno im było zarabiać. Dorota pracowała więc na czarno, żeby opłacić kurs niemieckiego, który formalnie też jej się nie należał.
Ukończyła jednak kurs i zdała egzamin z języka, który pozwalał rozpocząć studia. Nie zaliczono jej polskiej matury i pierwszego roku studiów, dlatego musiała pójść do college’u dla obcokrajowców przygotowującego do niemieckiej matury. Wynajęła z chłopakiem mieszkanie, jednocześnie uczyła się i dalej pracowała na czarno, m.in. w chińskiej restauracji.
Gdy już zaliczyła maturę, zdawała na psychologię i ekonomię na Uniwersytecie Hanowerskim – dostała się na oba kierunki, ale wybrała studia bardziej zbliżone do tych w Polsce – pedagogikę dorosłych i wychowanie pozaszkolne młodzieży. W tamtym czasie bardzo pomógł jej profesor socjologii Hartmut Griese zainteresowany Europą Wschodnią, współpracujący z Uniwersytetem Łódzkim. Zabierał ją na wyjazdy do Polski i sympozja, dzięki niemu zyskała wiele kontaktów i zaistniała w środowisku naukowym. Z dumą pokazuje zdjęcie z 1994 roku – pierwsze sympozjum polsko-niemieckie, które współorganizowała, dotyczące systemu kształcenia zawodowego w Goslar, miasteczku, w którym mieszkała w obozie dla uchodźców.

Misjonarka

W Hanowerze jest miejsce schronienia dla kobiet i ich dzieci, ofiar przemocy psychicznej i fizycznej. Dom Kobiet powstał z inicjatywy feministycznej organizacji Kobiety Pomagają Kobietom i jest otwarty dla wszystkich bez względu na kolor skóry czy religię. Po studiach Dorota zaczęła tam pracę jako pedagog.
– Trzeba mieć żelazne nerwy i być idealistką, żeby znosić na co dzień kontakt z przemocą i nieszczęściem ludzkim – mówi. Pewnego dnia, sprzątając pokój jednej z wyeksmitowanych dyscyplinarnie kobiet, poczuła ukłucie w palec. Okazało się, że w worku, który wzięła do ręki, była zakrwawiona igła. – Wpadłam w panikę. Okazało się, że jestem zdrowa, ale pół roku miałam wyjęte z życiorysu.
Poza pracą w Domu Kobiet przez 11 lat prowadziła z koleżankami polską audycję w hanowerskim Radiu Flora: reportaże, wywiady, pogadanki – godzina tygodniowo. Redakcja inicjowała wiele wydarzeń kulturalnych, m.in. festiwal filmu polskiego i „Salonik literacki”.
Koleżanki z radia nazywały ją Dorotka misjonarka, bo jej audycje miały przesłanie i często wzbudzały kontrowersje, jak np. ta dotycząca aborcji. – Powiedziałam sobie, że dopóki robię to społecznie, będę poruszać tematy mnie interesujące.

(…)

Więcej w Zwierciadle 02/2010

Zdjęcie: archiwum prywatne

 

 

© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group

O nas | Prenumerata | E-wydania | Kontakt | Reklama | RSS