![]()
Rozmawia Alina Gutek zdjęcia Wojciech Wieteska
Pokazała wiele twarzy, grając skrajnie różne role. I wiele różnych siebie na rozmaitych etapach życia. Ostatnio dociera do prawdziwej Danki. Danuta Stenka opowiada nam, jak wraca do porzuconych przed laty drogowskazów rodziców, uwalnia się od sytuacji, gdy bywała „popsutą mamą”. I o tym, że możliwe jest bycie żoną z 20-letnim stażem, a przy tym flirciarą
– Patrząc na różne pani wcielenia, można mieć wątpliwości, że jest jedna Danuta Stenka. Jest?
– O nie Dotarło to do mnie wiele lat temu. I co ciekawe, wcale nie wtedy, kiedy po raz pierwszy wyfrunęłam z domu do liceum i zamieszkałam w internacie. Stało się to dopiero po maturze i roku pracy w mojej gowidlińskiej podstawówce, kiedy po raz kolejny opuściłam dom i zaczęłam naukę w Studium Aktorskim w Gdańsku. Podczas pierwszych wakacji wpadł do mnie, do Gowidlina, przyjaciel ze studium. Pamiętam, jak któregoś dnia powiedział: „Słuchaj, ty jesteś kompletnie innym człowiekiem tu, w Gowidlinie, a zupełnie innym w Gdańsku”. I rzeczywiście tak było. W Gdańsku pojawił się nowy kolor w moim życiu, dopuściłam do głosu nową siebie.
– Jaką?
– Bardziej otwartą, ciekawą ludzi i świata, a przede wszystkim samej siebie. Pierwsza ja była grzeczną córeczką mamusi i tatusia, która wiedziała, że z dróg przez nich wytyczonych nie należy zbaczać. A ta druga zaczęła badać nieznane rejony. Tamta była uformowana, a ta próbowała rozbić skorupę, która ją ograniczała.
– Było trudno?
– Na początku piekielnie trudno, bo miałam wrażenie, że jestem zdrajczynią własnych rodziców, że robię im krzywdę, że unieważniam całą ich nade mną pracę.
– Czym niby miała pani to unieważniać?
– Tym, że nie trzymam się ich drogowskazów. A do tego jestem oszustką – kiedy tylko znajdowałam się poza zasięgiem ich wzroku i ucha, natychmiast wchodziłam w buty nowej Danki. Najsmutniejsze było to, że przede wszystkim oszukiwałam siebie – żyłam takim życiem, jakiego w danym momencie i miejscu ode mnie oczekiwano. Walczyłam z gębą grzecznej panienki, ale byłam całkowicie bezbronna wobec nowych gąb, które doprawiało mi nowe otoczenie. Nie wiem, nie pamiętam, co sprawiło, że zaczęłam szukać siebie w tym dość bogatym zestawie Danuś na każdą okoliczność. Wydaje mi się, że była to lektura „Przebudzenia” de Mello. I tak krok po kroku, coraz bardziej świadomie, zaczęłam stąpać swoją własną drogą, zaczęłam mówić własnym głosem. Przez długi czas, przyjeżdżając do domu, wolałam raczej nie przyznawać się, że się z czymś nie zgadzam, że myślę inaczej, żeby nie sprawiać rodzicom przykrości, ale już nie przytakiwałam. Aż któregoś dnia tak się zdarzyło – nie pamiętam sytuacji, tylko to uczucie – że zachowałam się po prostu tak, jak czułam, że byłam sobą, tą ze środka, że wyłamałam się z ramek, w których sztucznie tkwiłam oprawiona podług przepisu mamy i taty.
– I świat się nie zawalił.
– Świat się otworzył. Zauważyłam, że jeśli nie próbuję swoim życiem spełniać oczekiwań innych, a nawet jeśli robię coś wbrew oczekiwaniom otoczenia, a jestem w zgodzie ze sobą, nie cierpię, jestem spokojna. A co najciekawsze, po latach drogowskazy rodziców w większości stały się niezwykle cenne. Ale dopiero teraz, kiedy spośród wielu świadomie wybieram właśnie te ich, zaczynają naprawdę działać.
– Jak zareagowali na tę zmianę rodzice?
– Tato zmarł kilka lat temu, a mama przyjmuje mnie taką, jaka jestem. Ani nie próbuje mnie lepić na nowo, ani nie wykazuje obojętności. Jest po prostu matką, która czuje się za mnie i mojego brata odpowiedzialna. I jeśli coś ją niepokoi, mówi o tym. Nie będzie niczego narzucała, domagała się, ale będzie mówiła tak długo, aż ją zrozumiemy, i również słuchała tak długo, aż zrozumie nas. Jakiś czas temu w rozmowie telefonicznej powiedziała, że strasznie się denerwuje z powodu mojej roli w „Fedrze”, że się o mnie boi. Na początku kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi.
– Ale pani wyjaśnienia przekonały mamę.
– Przyznam, że wtedy po raz pierwszy oddałam słuchawkę mężowi. Nie mogłyśmy się zrozumieć. Ale dokończyłyśmy tę rozmowę w czasie wakacji. I cóż się wtedy okazało? Ktoś napisał do mamy anonim, w którym donosił, że wyrządzam tą rolą bardzo wiele zła. I ona zareagowała jak matka, która nie chce, żeby jej dziecko siało zło. Tuż przed przyjazdem na te wakacje wybuchła nowa afera związana ze zdjęciami do filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny” kręconymi w Częstochowie. Zarzucano, że film kala święte miejsce, media katolickie odsądzały twórców od czci i wiary. A mama czyta prasę katolicką, więc się znów zaniepokoiła. Jadąc tam, pomyślałam sobie: nie mam potrzeby się tłumaczyć, nie czuję się winna. Ale odbyłyśmy bardzo ciekawą rozmowę na temat moich wyborów zawodowych, mojej wiary... Chyba po raz pierwszy tak wyraźnie się określiłam, że nie chcę, z wszelkimi konsekwencjami, żyć według tego, „co ludzie powiedzą”. Ta rozmowa uświadomiła mi też, że mama ma piekielnie trudną sytuację, bo i cała wieś, i rodzina czytają kolorowe pisemka i przyjmują za prawdę wszystko, co jest w nich napisane. A ona jest bezbronna, bo wie tyle, co jej powiedzą.
– Na przykład, że ma pani romans.
– Na przykład. W jednym z plotkarskich pism zamieszczono zdjęcie z jakiejś imprezy, na której tańczyłam z pewnym mężczyzną. Komentarz był następujący: Wygląda na to, że małżeństwo się rozsypuje. A to był mój kolega, z którym po prostu uwielbiam tańczyć. (…)
Stylizacja Maja Jewiarz-Bartczak,
asystentka stylistki Ewa Grabosz,
makijaż Julita Jaskółka,
fryzury Adam Szaro.
W sesji wykorzystano ubrania:
golf MAXMARA,
spodnie PATRIZIA PEPE,
koszulka PINKO,
pierścionek KATE & KATE,
sukienka Cristal/CYMBELINE oraz
meble ze sklepu CUBE
Więcej w Zwierciadle 1/2009
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group