Logo Zwierciadła

Zwierciadło

kontakt

Z forum...

Więcej na forum


Konkurs
Regulaminy

Sonda

Co sądzisz o adopcji?




Spotkania - 2009

Szacunek trzeba sobie wytupać

Halina Mlynkova

Halina Mlynkova

Szybko zyskała popularność i równie szybko odeszła. Ale nie próżnowała: założyła rodzinę, urodziła synka. Teraz wraca na scenę – wydaje solową płytę, śpiewa w teatrze Sabat. – Zaczyna się nowy rozdział w moim życiu – mówi nam Halina Mlynkova

Rozmawia Alina Gutek Zdjęcia Krzysztof Opaliński

 

– Halina czy Halinka?
– Zdecydowanie Halina, zawsze chciałam, żeby tak się do mnie zwracano.

– To dlaczego oficjalnie była pani Halinką?
– Wyszło naturalnie. „Halina” dla kolegów z zespołu brzmiało chyba zbyt twardo, więc mówili „Halinka”. Często podkreślałam, żeby przedstawiano mnie „Halina”. Tak samo było z ludźmi, z którymi pracowaliśmy, dziennikarzami, organizatorami. Wszyscy automatycznie mówili i pisali „Halinka”. Śmiałyśmy się z tego z moją przyjaciółką ze studiów. Teraz, z perspektywy czasu, widzę, że ta „Halinka” zaistniała wbrew mojej woli. Sama nigdy bym się tak nie nazwała. W Czechach mówiono do mnie „Hala”, a w domu po prostu „Halina”. Rzadko kto zdrabniał. Gdy jako nastolatka słyszałam „Halinka”, to odwracałam głowę, nie reagowałam.

– Bo brzmiało infantylnie?
– Pamiętam pewną dziewczynkę w szkole podstawowej, która podpisywała się „Dorotka”, a ja nie mogłam zrozumieć, jak można samego siebie tak infantylnie nazwać. Kiedy miałam trzy lata, sąsiadka zapytała mnie, jak się nazywam, a ja podobno odpowiedziałam: „Pani Mlynkova”. Poza tym ojciec zawsze zwracał mi uwagę, że mam się podpisywać „Halina”. W Czechach jest to oryginalne imię, dopiero w Polsce ludzie uświadomili mi, że nosi je pokolenie moich cioć. Ale ostatnio na spacerach z synkiem spotykam coraz więcej Halinek…

– Urodzona na Zaolziu, które raz należało do Polski, raz do Czech... Kim się pani czuje?
– Jest pani jedną z niewielu osób, którym nie muszę tłumaczyć, że mam narodowość polską, a obywatelstwo czeskie. I dokładnie tak się czuję. Połowa mojego serca jest w Polsce, połowa w Czechach. Wychowałam się w polskiej tradycji, ale nie wypieram się czeskiej kultury, którą kocham. Czechy zaraziły mnie humorem, literaturą.

– W domu mówiło się po polsku?
– Nie, mówiło się gwarą zaolziańską, czyli mieszanką polskiego, czeskiego, niemieckiego. To zabawny język, powinno się go pielęgnować, jak każdą gwarę. Nie podoba mi się jedynie to, że każda forma jest dobra, nie ma jasnych reguł, a to strasznie rozleniwia. Dlatego wolimy, żeby syn, który mówi po polsku, nauczył się też czeskiego.

– Po polsku mówi pani bezbłędnie.
– Mam łatwość uczenia się języków. Długo też mieszkam w Polsce, do liceum chodziłam w polskim Cieszynie.

– Sama pani o tym zdecydowała?
– Za namową rodziców. Zawsze chciałam uczyć się muzyki, chodziłam równolegle do muzycznej szkoły podstawowej, ale do średniej rodzice mi już zabronili. Słyszałam: „wymyśl sobie, co chcesz, tylko nie muzykę”.

– Nie wierzyli, że muzyka daje chleb?
– Nie wierzyli i dzisiaj ich rozumiem. Chcieli po prostu chronić córkę przed czymś, czego sami nie znali. To po pierwsze, a po drugie – ojciec chciał mnie jako kobietę chronić przed światem, który uważał za brutalny. Bo był przekonany, że kobieta, by w nim coś osiągnąć, musi przejść przez wiele łóżek. Nie zdążyłam mu udowodnić, że jest inaczej. Niestety zmarł, zanim zaczęłam śpiewać z Brathankami.

– Odnalazła się pani w polskim liceum?
– Nie mogłam się go doczekać, wyobrażałam sobie, że będzie w nim jak w popularnym wtedy musicalu „Grease”– wszyscy weseli siedzimy przed szkołą na poręczy, gadamy, śmiejemy się. Szybko się rozczarowałam. Na lekcjach anatomii, na których strasznie się nudziłam, rysowałam, krok po kroku, układy taneczne. Zawsze byłam dobra z języków, a tu miałam z polskiego tróję. Pamiętam wypracowania podkreślane czerwonymi falami, nie rozumiałam, o co chodzi. Teraz wiem, że myślałam po czesku, pisałam po polsku. Dlatego liceum traktowałam jak przymus, który codziennie trzeba zaliczyć. Chciałam zmienić szkołę, ale rodzice powiedzieli: „zaczęłaś, to skończysz”.

– Byli tak wymagający?
– Wymagający był głównie tata. Ale nic dziwnego, skoro różniły nas dwa pokolenia. Kiedy się urodziłam, miał 47 lat, dorosłe dzieci z poprzedniego związku i wnuki. Nie mam mu niczego za złe, rodzice surowo go wychowywali, dla niego nie było dopuszczalne, żeby dziecko miało swoje zdanie. Życie ciężko go doświadczyło, chciał dla mnie i starszego brata jak najlepiej. Przez wiele lat był dyrektorem polskiej szkoły, nauczycielem... Jego dzieci nie mogły przynosić wstydu. Nam nie wolno było robić wielu rzeczy tylko dlatego, że jesteśmy dziećmi dyrektora. Ojciec całe życie działał społecznie, był prezesem Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego na Zaolziu. Mama (pracowała jako księgowa) buntowała się, że nie ma go całymi dniami w domu, ale też go podziwiała i szanowała. Byliśmy uważani za rodzinę, która się wyróżnia. Nasz dom tętnił życiem. Cały czas ktoś wpadał, a to goście z korpusu dyplomatycznego, a to sąsiedzi, przyjaciele. Dla mnie było to przyjemne, bo dostawałam prezenty. W domu co chwilę były jakieś przyjęcia, imprezy. Uwielbialiśmy to z bratem, choć czasami było to męczące. Zasypiamy w swoim pokoju, a tu nagle cha cha cha i pobudka. W sumie miałam beztroskie dzieciństwo.

– Nie przepadała pani za polskim liceum, a jak młody człowiek nie cierpi szkoły, to w coś ucieka.
– Ja miałam zespół folklorystyczny Olza w Czeskim Cieszynie, najpierw tańczyłam w grupie, potem śpiewałam solo. Na próby pędziłam po szkole jak na skrzydłach. Znaleźć się w Olzie to było naprawdę coś. Dzięki zespołowi miałam też dużo wolności. Nocowałam u koleżanek w Cieszynie, rodzice myśleli, że jestem na próbie, a ja byłam na imprezie. Ale nie zawiodłam ich. Wyfrunęłam z domu w 15. roku życia. Później z przyjaciółmi jeździłam na koncerty, festiwale filmowe. Brat podpuszczał rodziców, że są tam narkotyki, ale nigdy narkotyków nie próbowałam i nikt z mojego otoczenia nie miał z nimi do czynienia. Oczywiście na studiach piło się wino, ale sedno tych naszych spotkań tkwiło w rozmowach.

– Czas liceum to czas stracony?

(…)

Więcej w Zwierciadle 5/2009

 

 

© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group

O nas | Prenumerata | E-wydania | Kontakt | Reklama | RSS