![]()
Rozmawia Monika Richardson
Redbad Klijnstra mówi cicho i nie gestykuluje. Mimo to nie mam wątpliwości, że wie, co chce powiedzieć. Wydaje się zdystansowany w sposób, który świadczyć może jednocześnie o chłodzie i o szacunku dla rozmówcy. Mam wrażenie, że dobrze rozumiem jego swojskość i jego obcość. Także to, dlaczego potrzebuje płynąć pod prąd.
- Spotykamy się w twojej kawiarni, którą nazwałeś Lente (łac. spokojnie, powoli). Masz potrzebę zwolnienia tempa?
- Chodzi o czas na rozmowę. Nie o wymianę kilku słów SMS-em, ale o prawdziwą debatę. Podsumowanie wydarzeń dnia. Po Amsterdamie, z którego pochodzę, krąży hasło: „bez fanatyzmu”. Można się ze sobą nie zgadzać, ale trzeba umieć ze sobą rozmawiać. Słuchać argumentów. Amsterdam to nie do końca Holandia, tak samo Lente to nie do końca Warszawa. To obszar mentalnie eksterytorialny, przy ulicy nie do końca realnej, trochę bajkowej - taka moja wyspa. Po obu stronach tej uliczki tętniące arterie miasta, obok wspaniały Nowy Świat, a my tu sobie żyjemy powoli i spotykamy się, żeby pogadać.
Zastanawiałem się, razem z moim przyjacielem, też Holendrem, co zrobić, żeby oddać atmosferę naszego miasta. Doszliśmy do wniosku, że Amsterdam to zwycięstwo pragmatyzmu. Piękno tego miasta wyraża się w jego ostatecznej funkcjonalności. Jest po prostu bardzo mało miejsca, więc wszystko jest podporządkowane dobremu wykorzystaniu przestrzeni. Chcemy, żeby tak było w Lente, która jest knajpką niewielką, ale przyjazną. Amsterdam jest jedną z nielicznych stolic, w których nie ma butików wielkich kreatorów mody. Bo dla rdzennego amsterdamczyka moda to obciach. Zawsze byliśmy niemodni i jesteśmy z tego dumni. Taka jest też kawiarnia Lente - kompletnie niemodna. Działamy od Dnia Królowej w Holandii, czyli od 30 kwietnia. Zauważ, że tu nie ma muzyki. To także amsterdamskie. W warszawskich kawiarniach często słychać głośną rytmiczną muzykę, bo ponoć to zachęca do konsumpcji i dynamizuje obrót. My mamy trochę inną ideę. I bardzo długą perspektywę. Uważamy, że można zarabiać spokojnie.
- Drażni cię polski syndrom nadganiania?
- Tak. Chociaż dopiero niedawno go zauważyłem. Widzisz, przyjechałem do Polski, żeby żyć teatrem. W Amsterdamie jest tak, że jeśli tylko robisz to, co jest zgodne z tobą i twoimi talentami, to zaraz znajdzie się ktoś, kto umożliwi ci funkcjonowanie w społeczeństwie, sfinansuje twoje potrzeby, żebyś mógł się realizować. Wystarczy skupić się na tym, w czym się jest dobrym. Wydawało mi się, że tutaj też tak będzie. Zdałem do szkoły. Potem wszedłem w życie teatralne i nawet nie zauważyłem, że po kilku latach moi koledzy zaczęli jeździć dobrymi samochodami i kupili domy. A ja zostałem w mieszkanku mojego ojca, bez centralnego ogrzewania i bez grosza. Przyjeżdżając do Polski i będąc świadkiem przemian, jakie się na moich oczach dokonywały, nie zauważyłem, że niosą one konsekwencje. Sam zostałem w swoim amsterdamskim rytmie „bez fanatyzmu”. W końcu zrozumiałem chyba tych ludzi, ich stres, ciśnienie, jakie im towarzyszy. Co ciekawe, przy całym skomercjalizowaniu się zawodu aktora w Polsce aktorzy stąd są niezwykle cenieni w Europie. To wszystko oczywiście dzięki sukcesom polskich reżyserów za granicą, głównie, moim zdaniem, Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego. (...)
Więcej w Zwierciadle 12/2007
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group