![]()
W miejscu, w którym wydrukowane są te słowa, mieli teraz czytać państwo moją wspaniałą, pełną błyskotliwych refleksji i niepoślednich wyżyn umysłowych rozmowę z wokalistką Sinéad O’Connor. Zamiast rozmowy czytają państwo moje refleksje, dlaczego jej państwo nie czytają, mimo że do takowej doszło
Tekst Dorota Masłowska
Są na to wszelkie dowody w postaci zdjęć. Jest jej zapis cyfrowy w elektronicznych trzewiach dyktafonu Olimpus, z którym od tamtej pory unikam kontaktu wzrokowego. I silny ślad pamięciowy w moim mózgu w części „traumy, otchłanie, granie w badmintona pod wiatr”.
Nie mogę twierdzić, by do tych 20 minut spędzonych w towarzystwie popularnej piosenkarki w jakimś warszawskim hotelu ze stali i szkła doprowadziły mnie lata wysyłania kopert ze znaczkami zwrotnymi do jej fanklubów, przyklejania jej zdjęcia klejem szkolnym do tapety nad łóżkiem, ćwiczenia przy jej twórczości aerobiku lub też codzienne odwiedziny na jej stronie internetowej, gdzie kaprawym okiem usiłowałabym dopatrzyć się newsów. A chcąc pozostać szczerą, nie mogę powiedzieć, by moja znajomość jej twórczości wykraczała daleko poza słowo „you” w dość popularnej piosence „Nothing Compares to You”. Mój gust muzyczny zawsze dość radykalnie rozmijał się z fenomenem jej twórczości, która jawi mi się jako nieco zbyt histeryczna i drąca szaty.
Równocześnie nawet przy całym moim ego nie mam cienia wątpliwości, że i jej znajomość mojej twórczości trzeba rozważać w liczbach daleko ujemnych. Jednym słowem: na dzień, kiedy odbieram telefon z propozycją przeprowadzenia z nią ekskluzywnej rozmowy, żyjemy na jednym świecie 25 lat, ale to wszystko, co nas łączy. I chociaż na początku świadomość tych faktów skłania mnie do odmowy, to jednak to ludowe pragnienie zobaczenia osoby z telewizora i pooddychania tym samym powietrzem każe mi zabić w sobie początki paniki. 25 lat na jednym świecie! Czy to nie wspaniały temat do ożywionej dyskusji? Czy to nie wspaniały powód, by spotkać się face-to-face i trochę porozmawiać po tym słynnym angielsku?
I w ten sposób ja – osoba podkreślająca na prawo i lewo swój chłodny stosunek do wszelakich mediów, głupich pytań, czerwonych dywanów i konferencji prasowych – wpadam z impetem na drugą stronę barykady. I przez trzy dni poleruję dyktafon Olimpus, żeby zamierzyć się z nim na jeszcze bardziej radykalną w swoim radykalizmie wobec mediów Sinéad O’Connor, która, jeśli wierzyć rozlicznym artykułom na jej temat, w walkach z dziennikarzami utraciła paznokcie i zęby. Ja – która w życiu prywatnym, wiedziona ponurymi doświadczeniami z bycia pytaną, jestem zwolenniczką niechcenia wiedzieć niczego od nikogo i wypytywanie koleżanki, czy ma dwa długopisy, postrzegam jako nadużycie – mam nagle przeprowadzić wywiad, sekcję i badanie terenowe na osobie doświadczonej w tej kwestii prawdopodobnie milion razy ciężej. Absurd tej sytuacji dochodzi do mnie już podczas panicznego researchu.
Skandaliczne CV
Wszystkie biografie, które znajduję w sieci, wykonane są w programie komputerowym do konstruowania biografii Sinéad O’Connor i z wielką konsekwencją zaczynają się od zdania: „w programie Davida Lettermana podarła zdjęcie papieża Jana Pawła II”. Wszystkie podkreślają trudną sytuację rodzinną, konflikt z matką, która zmarła, kiedy piosenkarka miała 17 lat, a którą do dziś oskarża o molestowanie. Okraszone są dużą ilością słów „skandal” i „skandalistka”, i wszystkimi ich pochodnymi, potem zaś rozważają jej orientację seksualną (ma czwórkę dzieci, każde z innym mężczyzną; niedawno ogłosiła, że jest lesbijką), a na koniec to, że z rąk zbuntowanego biskupa przyjęła święcenia kapłańskie, została księdzem i udzieliła paru ślubów i chrztów, po czym ogłosiła odwrót od kariery piosenkarskiej, a potem do niej powrót, cierpi na chorobę dwubiegunową i poddaje się psychoterapii. Już to wprowadza mnie w niepokój: cóż to za dziwne, odpisane z odpisu, skserowane z ksera i opcją wytnij wklej umieszczone na milionie stron internetowych CV.
Cóż mnie obchodzi życie seksualne tej obcej mi osoby i jej religijne deklaracje, jakie mam prawo, a przede wszystkim cel, się tym interesować? Jak w rozmowie z nią operować informacjami, które pochodzą z dość wielokrotnie zapośredniczonych źródeł? Cóż na Boga mnie to wszystko obchodzi? Proszę przyznać, że jak na osobę, która szarpie się ze swoją neurotyczną motyką na słońce dziennikarstwa, takie wątpliwości są dość fundamentalne i teoretycznie powinny odwieść niezainteresowaną od przedmiotu swojego niezainteresowania (…)
Więcej w Zwierciadle 8/2008
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group