![]()
Rozmawia Monika Richardson
Wydawało mi się, że znam Michała Znanieckiego. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w czasach, gdy kończył warszawskie LO im. Stefana Batorego. Wtedy podziwiałam go za spokojną pewność siebie i plan na całe życie. Dzisiaj wydaje mi się trochę inny. Bardziej z wyboru samotny, całkowicie pozbawiony agresji. Michał zawsze chciał być wielkim Polakiem. To dziwne, że teraz, gdy narodowe kryterium przestało mieć w jego życiu znaczenie, najbardziej ma szansę nim zostać
- Dlaczego wyjechałeś z Polski?
- Uciekłem z Polski. Był rok 1989 i nagle wszystko było wolno. Zawsze poruszałem się w ramach ograniczeń. To wymuszało kreatywność. Ich brak mnie gubił. Odkryłem to już na maturze. Jeden z tematów na polskim brzmiał mniej więcej tak: „Bohater romantyczny jako outsider”. A ja byłem takim dziwnym chłopakiem, który zamiast na zajęciach siedział w Łazienkach na ławce i czytał „Dziady”. Znałem je na pamięć i pamiętam do dziś. Właśnie gdy myślałem, że na taki temat czekałem przez cztery lata liceum, podeszła do mnie polonistka i powiedziała, żebym go nie wybierał, bo to jest otchłań, w której się zgubię. Miała rację. Dziś wiem, że nie umiałbym tego wtedy napisać. Potrzebuję ram, które muszę przeskakiwać. Potrzebuję klatki, żeby w niej wymyślać światy. Ostatnio znowu się to potwierdziło. W operze w Bilbao w przeddzień premiery została zdjęta moja dekoracja w jednej ze scen. Musiałem natychmiast zbudować nową, bez budżetu. Zrobiłem ją z chusteczek higienicznych i plastikowych łyżeczek. Była dużo ciekawsza niż oryginał. To zrobił Polak we mnie. Ten, który zawsze musiał kombinować, bo po prostu nie dało się pójść do sklepu i kupić. A gdy już się dało, gdy w Polsce nadeszła wolność i zaczęli dzwonić do mnie z telewizji, gdy zacząłem zarabiać w weekend więcej niż moi rodzice przez miesiąc, to się przestraszyłem.
- Byłeś już wtedy studentem wiedzy o teatrze w warszawskiej PWST...
- I wiedziałem, że jedyne, co mnie w życiu interesuje, to zostać reżyserem. Oczywiście moje szkice i notatki dotyczyły wyłącznie „Dziadów”, no może jeszcze „Nie-Boskiej komedii”. Dookoła mówiono, że jest mi łatwiej, bo moja mama [Wanda Koczeska, przyp. aut.] jest aktorką i to dlatego znalazłem się w PWST, a nazwisko taty pomoże mi dostać się do telewizji. Co gorsza, wiedziałem, że szydercy mieli rację. Mnie naprawdę było łatwiej. Znałem warszawskie teatry, aktorów, konteksty i plotki, to wszystko, czym żyły wtedy polskie sceny. Wiedziałem, że mimo szczenięcego wieku uda mi się szybko zostać asystentem reżysera albo ważnym dyrektorem w telewizji. Tak bym też pewnie umarł, upasiony sukcesem i otoczony wianuszkiem epigonów. Ta wizja mnie przerażała. Musiałem uciekać, chociaż dzisiaj wiem, że to była brawura granicząca z głupotą.
- Ale jednak tę ucieczkę dość dokładnie zaplanowałeś.
- Bo wiedziałem, jakie zadać sobie pytanie. Brzmiało ono tak: gdzie wyjechać, żeby jak najszybciej zostać reżyserem? W Polsce trzeba było mieć najpierw skończony inny fakultet, do Leningradu pojechać nie mogłem, bo nie piję, niemieckiego nie znałem, znałem za to Włochy.
- Właściwie jak to się stało, że znałeś Włochy?
- Całkiem przypadkowo. Miałem fajną nauczycielkę włoskiego w liceum Batorego, po prostu chciało jej się nas uczyć. Dostałem stypendium z ambasady, wyjechałem kilka razy, pracowałem jako przewodnik wycieczek, tłumacz. Z wszystkich obcych mi kultur europejskich ta wydała mi się najmniej obca. Pamiętałem teatr Strehlera, jeszcze jako dziecko widziałem jego „Sługę dwóch panów” i wiedziałem, że to dobry kierunek.
- To znaczy?
- To był teatr nieprzegadany. Giorgio Strehler pracował ciałem, kostiumem, prostotą. Oczywiście mój polski kompleks nie pozwolił mi od razu zdawać do jego szkoły. Wydawało mi się, że muszę się nauczyć najpierw komunikacji w teatrze. Wybrałem Uniwersytet Boloński, bo tam wykładał Umberto Eco, który właśnie wydał „Imię róży”. Było 10 miejsc na roku. Dziś twierdzę, że udało mi się tam dostać, bo poszedłem ze świeczką do bolońskiego sanktuarium Madonny di San Luca wraz z pielgrzymką innych zdających. Dostaliśmy się wszyscy.
- Jesteś religijny?
- Cenię rytuał. Teatr jest rytuałem. Religii jako instytucji nie lubię. Może dlatego, że nie lubię norm. Ani obyczajowych, ani żadnych innych. Każda moja realizacja, nawet jeśli reżyseruję tę samą operę, jest inna. Inaczej rozłożone są akcenty, co innego jest ważne. Życie jest procesem, więc nic nie jest stałe. Rytuał cenię, nawet jeśli jest to tylko codzienna rozmowa z Bogiem czy ze sobą, jak kto woli. Ale poszukuję też nowych doświadczeń, również ekstremalnych... (...)
Więcej w Zwierciadle 3/2008
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group