![]()
Rozmawia Joanna Orzechowska
To, kim jestem, zawdzięczam własnemu uporowi. Wszystkie przeciwności i krytyka w jakimś stopniu mnie stworzyły. Wierzę w siłę charakteru - mówi Emmanuelle Seigner, francuska aktorka i piosenkarka, odtwórczyni jednej z głównych ról kobiecych w najnowszym filmie Juliana Schnabla „Motyl i skafander”
- Rozpoczęła pani prawdziwą karierę po trzydziestce, wtedy, kiedy z reguły kończy się najlepszy okres dla aktorek. Lubi pani robić wszystko na odwrót...
- To był świadomy wybór. Chciałam poświęcić się mojej rodzinie i wychowywaniu dzieci. Dzisiaj są już wystarczająco duże i mogę zająć się sobą. Morgan ma 14 lat, a Elvis 9. Poza tym to właśnie teraz zaczynam otrzymywać najbardziej interesujące propozycje aktorskie, zupełnie niedawno odkryłam też swoją pasję piosenkarską. Nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie los. Poza tym jestem przekonana, że kiedy człowiek jest młody, nie powinien zbyt wiele pracować. Powinien się bawić, żyć chwilą.
- Ale już od 14. roku życia pracowała pani jako modelka...
- Pozowałam do zdjęć, ale nie byłam modelką w dosłownym tego słowa znaczeniu. Zostałam nią na jakiś czas, kiedy kilka lat temu zaczął się mną interesować świat mody: dostałam zamówienia od Marca Jacobsa, od „Vogue'a”, ukazywały się moje akty, reklamowałam perfumy Nu firmy Yves Saint- -Laurent. Napływające propozycje były dowodem na to, że 40-letnia kobieta może być uznawana za piękność. Osobiście wolę być dojrzałą, szczęśliwą i atrakcyjną osobą w średnim wieku niż 18-letnią dziewczyną, która nie wie, czego chce. Moda na nastolatki się skończyła - publiczność i twórcy mają dosyć tych wszystkich gładkich buź bez wyrazu. Poszukują czegoś głębszego.
- Czym jest dla pani aktorstwo? Misją? Zabawą?
? Zabawą, ale również pracą, wyborem, w który się angażuję. Dlatego bardzo starannie wybieram role, nie chcę brać udziału w czymś, czego będę później żałować. W takich sytuacjach człowiek czuje się brudny, chce się schować w mysiej dziurze.
- Wywodzi się pani ze znanej rodziny artystów - pani dziadek Louis Seigner i ciotka Françoise byli członkami Comédie Française, pani siostra Mathilde także jest aktorką, młodsza siostra - piosenkarką. Czy to rodzinna tradycja sprawiła, że zdecydowała się pani na aktorstwo?
- Kiedy byłam bardzo młoda, nie lubiłam powielać gotowych wzorców. Dzisiaj doskonale wiem, czego chcę - dojrzałam i dokonałam wyboru. Wszystko przychodzi z czasem. Aktorstwo jest zawodem jak każdy inny. Jest się aktorem tak, jak jest się piłkarzem czy kucharką. Wierzę w moc pracy i doświadczenia. To, kim jestem, zawdzięczam własnemu uporowi - osiągnęłam sukces, chociaż system mnie odrzucał.
- Jako początkująca aktorka grywała pani w filmach męża Romana Polańskiego. Czy taki start nie pomaga w dalszej karierze?
- Roman pomógł mi zaistnieć, ale później to, że byłam jego partnerką i żoną, raczej mi przeszkadzało. Realizatorzy bali się porównań z Polańskim, a całe środowisko było wściekle zazdrosne. Przez kilka lat nie otrzymywałam właściwie żadnych propozycji. Na szczęście specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo aktorstwo nie było dla mnie w tamtym okresie czymś niezbędnym do życia. Wykonuję ten zawód, żeby się rozwijać, sukces dla sukcesu zupełnie mnie nie interesuje. To być może egoizm, ale zamierzam go kultywować.
- Czy Polański panią ukształtował?
- Roman miał na mnie ogromny wpływ, to oczywiste. Uczył mnie wielu rzeczy i równocześnie na wiele mi pozwalał. To ktoś, kto posiada olbrzymią wiedzę, doświadczenie i doskonale zna swój zawód. Poza tym jest szalenie inteligentny. Nigdy jednak nie usiłował mnie zdominować, a i ja zawsze walczyłam o swoją tożsamość. Dzisiaj jestem już samodzielna, ale może dlatego jeszcze bardziej cenię nasz związek - nie mogłabym dzielić tak wielu wspaniałych chwil z kimś innym. Nigdy jednak nie imponował mi sukces Romana ani otaczająca go aura sensacji. Pociągał mnie jako artysta, ktoś, kto nosi w sobie wewnętrzną prawdę. (...)
Więcej w Zwierciadle 1/2008
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group