![]()
Rozmawia Alina Gutek
Uważam, że jest jakiś wyższy porządek rzeczy, jakiś sens nadrzędny. Czasami warto zaufać, że coś do nas przychodzi i porządkuje nasze życie. To wcale nie musi oznaczać, że płynie się z prądem. Bo przecież nad tym darem od losu też trzeba pracować - mówi Agnieszka Wagner, aktorka i mama dwuletniej Helenki
- Nie złości się pani, gdy czyta o sobie: „najpiękniejsza aktorka”, zamiast: „dobrze wykształcona, znająca języki obce”?
- Zdecydowanie nie przepadam za podkreślaniem urody jako głównego atutu. Co więcej, kiedy słyszę komplementy, to się zwyczajnie peszę albo robię podejrzliwa, że coś się za tym kryje. A z nagłówkami w prasie to w ogóle różnie bywa i nie należy się nimi przejmować. Cóż, takie czasy, żyjemy w kulturze obrazkowej. Łatwiej otaksować kogoś szybko wzrokiem i opisać: ładny albo nieładny, niż zastanowić się, czy jest miły, wrażliwy, wykształcony.
- Domyślam się, że prywatnie może to być nawet miłe, a zawodowo? Nie uwiera, nie ogranicza, nie szufladkuje?
- Prywatnie lubię swój typ urody - klasyczny, troszkę niedzisiejszy. Uważam zresztą, że gdzieś tam odpowiada mojemu wnętrzu. Natomiast zawodowo bywa rzeczywiście pewnym obciążeniem. Nie dla mnie, tylko dla reżyserów, którzy przez dłuższy czas nie widzieli we mnie kobiety współczesnej, tylko jakieś odrealnione uosobienia kobiecości, ideał kobiety w sensie platońskim. To bywa miłe, pochlebia, ale nie na dłuższą metę. Na szczęście wyszłam już z tej szufladki. Zagrałam wiele różnych ról, latka lecą, ja się zmieniam, więc to już też tak strasznie nie uwiera. Prywatnie nie uważam się za ósmy cud świata. Byłam zdecydowanie brzydkim dzieckiem, długo trwało przeistaczanie się brzydkiego kaczątka.
- Miała pani kompleksy?
- Miałam i do tej pory mam masę zastrzeżeń do siebie, również związanych z wyglądem. Jestem krytyczna wobec siebie jak mało kto. Ale też z wiekiem coraz bardziej sama się ze sobą oswajam i już potrafię nie przejmować się tym, że gdzieś mam za dużo, a gdzie indziej za mało. Inaczej, przy takim zawodzie, byłabym kłębkiem nerwów i frustracji.
- Skończyła pani renomowane liceum, potem dwa prestiżowe kierunki studiów (historię sztuki i nauki ekonomiczne na UW). Skąd taki pomysł na siebie?
- Nigdy nie chciałam zostać aktorką. Byłam zbyt nieśmiała, a poza tym nie miałam złudzeń co do tego zawodu. Przez 8 lat należałam do zespołu Gawęda - w tamtych czasach to było marzenie każdej dziewczynki. Występy, zagraniczne wyjazdy, kolorowe stroje, w czasach szarego i zgrzebnego PRL-u wszystko to było niezwykłe.
Ale te 8 lat to była dla mnie przede wszystkim twarda szkoła życia. Myśmy w Gawędzie nie tylko tańczyli i śpiewali, ale także pracowali. Dało mi to zupełnie niewyidealizowane pojęcie o tym, jak wygląda życie estradowe. Bycie aktorką nie kojarzyło mi się więc wcale z ładnymi sukienkami, tylko z tym, że są wielogodzinne próby, że się dużo czasu spędza w drodze. Wreszcie, że jest coś takiego jak rywalizacja. Ja te lekcje odebrałam bardzo wcześnie. (...)
Uważam, że jest jakiś wyższy porządek rzeczy, jakiś sens nadrzędny. Czasami warto zaufać, że coś do nas przychodzi i porządkuje nasze życie. To wcale nie musi oznaczać, że płynie się z prądem. Bo przecież nad tym darem od losu też trzeba pracować - mówi Agnieszka Wagner, aktorka i mama dwuletniej Helenki. (...)
Więcej w Zwierciadle 12/2007
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group