Logo Zwierciadła

Zwierciadło

kontakt

Z forum...

Więcej na forum


Konkurs
Regulaminy

Sonda

Co sądzisz o adopcji?




Klub Z

OPOWIEŚĆ FILMOWA PIÓRA MACIEJA STUHRA cz. 2

OPOWIEŚĆ FILMOWA PIÓRA MACIEJA STUHRA cz. 2

 

Utytłani Miłością

Część II

Wąską, pustą drogą przez las jechało stare volvo combi. Gdyby jechało opisywane na kartach jakiejś pięknej powieści, powiedzielibyśmy, że słońce leniwie przebijało się przez gęste plątaniny bukowych i dębowych liści, ale że nie są to karty pięknej powieści, takich opisów czytelnikom naszej historii oszczędzimy.

Za kierownicą volviaka siedział Miłosz Kochan, w wieku okołochrystusowym, którego twarz z daleka zdradzała oznaki pewnej naiwności, ale jeszcze częściej przyjmowała wyraz zdumienia nad otaczającym światem. Otóż Miłosz jechał pogrążony w głębokiej zadumie. Jeszcze nie tak dawno w tym aucie rozlegały się wrzaski siedzących na tylnym siedzeniu dzieciaków.
– Tata! Puść Jonas Brothers! – Miłosz jakby tu i teraz słyszał głos małego chłopca.
– Nieee! Hannah Montana! Ja chcę Hannah Montana! – przekrzykiwała dziewczynka. Jak zawsze w takich sytuacjach piękna brunetka siedząca z przodu na fotelu pasażera włączała płytę z największymi przebojami Izabeli Trojanowskiej.


Ale dziś Miłosz jechał sam i wspominając dawne chwile, z trudem powstrzymywał łzy. Nigdy już nie zapomni tej niedzieli, kiedy przewracając na grillu kiełbaski, usłyszał za swoimi plecami: – Miłosz, muszę ci coś powiedzieć – piękna brunetka stała na tle ich ukochanego domku – to nie są twoje dzieci…
Nasz bohater wcisnął pedał gazu w starym volviaku. Wspomnienia atakowały jednak dalej z całą siłą.
– Miłosz, muszę ci coś powiedzieć – powiedział jeden ze współbiesiadników do siedzącego przy wygasłym już grillu, pijącego siódme piwo Miłosza – to nie jest twoja żona…


„Za pięćset metrów skręć w lewo” – kobiecy głos uwolnił go od koszmarnych myśli. Zaczął baczniej przyglądać się drodze. „Skręć w lewo” – poinformował głos, Miłosz włączył kierunkowskaz. Samochód znajdował się jednak w tym momencie na prostej jak drut drodze, z obu stron otoczonej lasem. Miłosz zatrzymał auto i wytężając wzrok, próbował dostrzec cień szansy skręcenia w lewo. Zamiast drogi ku swojemu zdumieniu zobaczył stojącego wśród drzew łosia. Postukał zdezorientowany w GPS-a. „Wjedź na autostradę. Za około osiems…” – stuknął jeszcze raz, coś w aparacie zatrzeszczało – „za…oko… łooosi…”. Miłosz był u kresu wytrzymałości, walnął w uparte urządzenie z całej siły. „O… łoś… łoś... łoś” – usłyszał w odpowiedzi. Kochan wyrwał cud techniki z trzymadełka i ruszył naprzód.


Pod wieczór samochód wjechał do wsi. Miłosz z zaciekawieniem przyglądał się każdemu budynkowi. Te stare wywoływały na jego twarzy uśmiech, z czymś widocznie mu się kojarzyły. Te nowe wprawiały go w zdumienie. Widać, że dawno go tu nie było. W końcu podjechał pod rodzinny dom. Przywitał się z psem. Przed dom wyszła starsza kobieta ubrana cała na czarno.
– Dobrze, że jesteś, synku – powitała Miłosza – myślałam, że się nie doczekam!
– Cześć, Mamiś! – powiedział, przytulając ją mocno. – Jestem.
W domu Kochanów światła paliły się tej nocy do późna.
– Do końca żałował, że zniszczył ci wtedy twoją kolekcję kapsli – powiedziała matka, podając herbatę po kolacji. – Myślał, że człowiek po studiach nie będzie ich już potrzebował. Gdybyśmy wiedzieli, że już więcej się do nas nie odezwiesz… Poza tym gazowane szkodzi.
– Przestań, Mamiś. Przecież nie tylko to… Nie mówmy już o tym. O której pogrzeb?
– O dwunastej.
– Jak to się stało? – zapytał nieco ciszej.
– Co się stało, to się nie odstanie – powiedziała stanowczo – wyszedł z domu, wrócił i umarł. Nie ma co… A jak było, to tylko Pan Bóg wie.
Miłosz miał ochotę jeszcze o coś zapytać, ale widok łez w oczach matki był wyraźnym sygnałem, że trzeba iść spać.
– Dobranoc, Mamiś!
– Dobranoc, Miłoszku – powiedziała przez łzy. A kiedy wyszedł z kuchni, rzuciła jeszcze: – Uważaj na nowe zejście do piwn… Jednak nie zdążyła dokończyć. Przerwał jej odgłos upadającego z dużej wysokości męskiego ciała.
– Nic mi nie jest! – skłamał cichutko Miłosz.


Nazajutrz kondukt żałobny przesuwał się powoli wzdłuż alejki wiejskiego cmentarza. Zaraz za trumną, na której przyczepiono tabliczkę „Śp. Jakub Kochan, żył lat 79”, szedł Miłosz, trzymając matkę pod rękę. Za nimi spory tłumek miejscowych. Widać było, że obecność syna zmarłego jest wydarzeniem. Miłosz czuł na sobie spojrzenia swoich dawnych sąsiadów. Miał wrażenie, że nie są to spojrzenia przyjazne. A im bardziej miał takie wrażenie, tym bardziej dziwnie patrzyli tamci. Jedynie niektóre kobiety wydawały się jego powrotem nieco podelektryzowane, o czym mógł świadczyć ciut za mocny jak na pogrzeb makijaż. – Zobacz, kto wrócił – dało się słyszeć tu i ówdzie.

Nad grobem mowę pogrzebową rozpoczął starszy mężczyzna.
– Pamiętam, Jakuba poznałem jeszcze przed wojną, w tym… co jest ten… jak się idzie… – mężczyzna poszukał wzrokiem pomocy u starszej kobiety stojącej tuż za nim.
– W Rabce – kobieta, jakby tylko czekała, by pośpieszyć z pomocą.
– W Rabce – kontynuował. – Stamtąd nas zresztą wzięli na front, do tej… co za Ukrainą w lewo…
– Do Rosji – kobieta stała na posterunku.
– Nie do Rosji! A tak… do Rosji. I… A nigdy nie zapomnę, jak raz przyszedłem do niego do domu, już po wojnie… to znaczy on przyszedł do mojego domu… i chciał mi pomóc… żeby mnie poprosić, żebym ja pomógł jemu… to znaczy, jak jeszcze żył. I ja jemu pomogłem!
I czując, że mowę należy w tym miejscu zakończyć, dodał: – Duszo, świeć nad jego Panem! – wzruszeni przemową grabarze przystąpili do swych czynności. Gdy ostatnie osoby skończyły składać kondolencje, wokół Miłosza zebrało się kilku starych znajomych.
– No co tam, kolego? Co słychać w wielkim mieście? – zapytał mężczyzna będący co prawda w tym samym wieku, ale tryb życia, jak i wielka postura sprawiały, że wyglądał na dziesięć lat więcej.
– Nowy Targ nie taki duży, Robercik – odparł nieco skrępowany. – Jakoś leci. Robota jest, papierki w księgowości nigdy się nie kończą, nie ma co narzekać…
– Auto żeś se fajne sprawił – ilość wspólnych tematów zdawała się powoli wyczerpywać. – Jak będziesz dłużej, to wpadnij do Karczemnej, to se pogadamy. – Robercik oddalił się pośpiesznym krokiem. Koło Miłosza pojawiła się Natasza, koleżanka ze szkoły. Z wyglądu reprezentowała typ szarej, a może nawet rudej myszki.
– Przykro mi! – zwróciła się do niego. – Musi być ci ciężko.
– Dziękuję. Wiesz, ostatnio nie byliśmy zbyt blisko – odrzekł speszony.
– Słyszałam, że założyłeś rodzinę.
– Zakładałem, że założyłem, ale okazało się to założeniem nieprawidłowym – tego obawiał się najbardziej. Że trzeba będzie się tłumaczyć.
– Cieszę się, że wróciłeś! Zostaniesz na dłużej?
– Nie miałem urlopu od dwóch lat, może zostanę parę dni.
– To fajnie – uśmiechnęła się i, jak to szara myszka, Natasza obróciła się na pięcie i już jej nie było.

Miłosz z matką wracali starym volvo z pogrzebu. Kiedy jechali obok stawu, nagle zajechała im drogę ciężarówka z materiałami budowlanymi. Całą akcją dowodziła osoba ubrana w przeciwdeszczowy żółty kapok, gumiaki i kask. Osoba ta wykonywała energiczne ruchy mające na celu naprowadzenie cofającej wywrotki na odpowiednią trajektorię. Cała akcja przedłużała się. Miłosz wysiadł z auta i podszedł do dyrygującej osoby.
– Długo to potrwa? – zapytał.
– Słucham? – osoba w kasku odwróciła się i ku zdumieniu Miłosza okazała się kobietą. W dodatku bardzo atrakcyjną. Starszą co prawda od naszego bohatera, i to o parę ładnych lat, ale ten był wyraźnie pod wrażeniem.
– Przepraszam – odparł nieśmiało – pomyślałem sobie, że…
– Niech pan stanie z drugiej strony, kierowca nie widzi, dokąd może podjechać.

Miłosz posłusznie przeszedł na drugą stronę ciężarówki. Dawał znaki kierowcy, ale nie mógł oprzeć się pokusie, żeby wciąż nie zerkać na zaaferowaną piękność w kasku. Ciężarówka naprowadzana przez Miłosza przydzwoniła w olbrzymi głaz.
– Człowieku! Co ty mi za znaki dajesz?! – wrzasnął wściekły kierowca.
– No co pan robi? – podbiegła szybko kobieta.
– Najmocniej przepraszam, to taki dzień – wyjąkał Miłosz. – Wracam z pogrzebu ojca…
– A, to pan jest tym, na którego tak tu czekano? – to pytanie go zaskoczyło.
– Na mnie? No nie wiem… Kochan Miłosz, miło mi!
– Groch Ola – wypowiedziała oba słowa jednym tchem.
– Słucham? – Miłosz stanął jak wryty.
– Ola Groch! Też mi miło… no i przykro. Z racji pogrzebu – spojrzała na ciężarówkę. – Niech pan już jedzie. Opóźnia pan budowę domu moich marzeń.
– Zobaczymy się jeszcze? – sam nie wierzył, że wyrwało mu się takie pytanie.
Niech pan sobie wybierze właściwą odpowiedź: a) nigdy w życiu; b) dlaczego nie?; c) tylko mnie k… – potężny klakson ciężarówki zagłuszył słowa Oli Groch…

Zaangażuj się w pisanie komedii romantycznej z Maciejem Stuhrem, wygrywaj wspaniałe nagrody w całorocznym konkursie „Zwierciadła”.

 

  Zapoznaj się z konkursem - kliknij TUTAJ: 1 2

 

© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group

O nas | Prenumerata | E-wydania | Kontakt | Reklama | RSS