![]()
I jeszcze mimochodem przez niego rzucone i przeze mnie w locie złapane - „Bo ty dobre dziecko jesteś”. A mnie jakby wyremontowali w trzy sekundy, od piętra aż po samą górę. I czuję, jakbym się stawała z powrotem, choć długo mnie nie było - w tym numerze publikujemy fragmenty dziennika Urszuli Sochackiej - przejmujący rozrachunek z ojcem. Praca zdobyła główną nagrodę w naszym konkursie „Dzień po dniu”.
15.09
Bałam się, że nie zdążę, a potem, że zdążę. Pod szpitalem czekała Malina. Zastałyśmy go siedzącego tyłem do drzwi. Wszyscy byliśmy obcy. Nerwowo pytał, czy potrafimy kierować wózkiem. Myślałam, że jest w innym świecie, ale okazało się, że chciał nam pokazać szpital. Pojechali. Ja płakałam i mieszałam herbatę. Długo stygła, a on wspominał zupę, kałużę, siebie, nas. Miałam wrażenie, że robimy szalik. Taki dziwny. Na trzech parach drutów, z trzech stron i nie wiadomo, dlaczego akurat tak i teraz. Dużo dziur. Nikt nie przychodził z konkretnego czasu i przestrzeni. Ale nikt nikogo nie poprawiał i nie pytał, dlaczego go tak długo nie było. Wszyscy byli właściwi.
16.09
Ostatni raz widziałam się z nim kilka miesięcy temu. Krążyłam koło sformatowanych bloków, kipiących śmietników i usiadłam na ławce pod klatką. Ostatni raz byłam tu 20 lat temu? Wyszedł chudy, stary, o lasce, w za dużej marynarce, w źle położonym kołnierzyku. Nie miałam odwagi mu go poprawić. Za duża marynarka, za duże brwi, za duże włosy nad uszami.
Bez powitania, jak lalki podwieszone pod patyki, poszliśmy bez kontekstu i kierunku. Był pełen oskarżeń i złości na teraz i na przedtem. Często przystawaliśmy. Zadawał mi pytania, czy w domu było mi aż tak źle, czy go pochowam, jakie mam wyniki cukru, czy mam pracę. Nie odpowiadałam, nie oczekiwał.
Zaprosił mnie do restauracji, bo nie chciałam wejść do domu. Pokazał mi budynek, kiedyś tam była stodoła. A na sianie jego Matka. Zapamiętał ją leżącą, przykrytą derką. Mogła dostać dom i pomoc, bo była w obozie, ale nic nie zrobiła i tylko tak leżała. Był na nią wściekły.
Wieczorem zadzwoniła ze szpitala jakaś pani Stasia z informacją, że Tata chce, żeby przekazała nam klucze do mieszkania. Przy nim, w szpitalu, o szesnastej zero, zero, następnego dnia.
17.09
I zaczął nas ustawiać. Wystraszyłam się, że będzie, jak kiedyś. I bałam się, że jestem na to wciąż za słaba i już za silna. Cały czas w napięciu czekałam na złe słowo, a tym czekaniem jakbym chciała zaczarować, żeby się nie stało. Kazał nam natychmiast iść do mieszkania, przykręcić kaloryfery, bo „ogrzewały z jego kieszeni cały pion”. Najpierw dał Malinie wszystko - dom, samochód, pieniądze. Ja słuchałam poleceń. Mnie nawet nie pytał. Ja tylko chciałam, żeby nie powiedział czegoś strasznego. Takiego, że nie mogłabym więcej przyjść.
25.09
Podawałam mu kawę przez rurkę, karmiłam łyżką. Nie ukrywałam, że się ubrudził, oblał, zaplamił. Tak jakoś czułam, że udawanie odebrałoby godność i jemu, i mnie.
I dużo sprzątałam. Bo tak wszystko miał zmieszane na stoliczku. Jogurty, słoiczki, szklaneczki, zasypki. Taki był w tym bezradny. A jednocześnie takie beztroskie, nonszalanckie odchodzenie w tym było.
A idąc się pożegnać nie wiem dlaczego, widziałam tylko jego łysą głowę. Bałam się, że nie będę mogła tego zrobić i wiedziałam, że bardzo chcę. Pocałowałam go w policzek, pogłaskałam, przytuliłam gołą głowę. „Tylko mnie nie zostawiajcie”– szeptał.
Dobrze, że w busie było ciemno. I pusto. Zaledwie kilka osób. Deszcz zacierał ślady na zewnątrz i od środka. Mogłam się przyznać przed sobą, że dziś pocałował mnie w rękę. Nigdy wcześniej tego nie robił. A ja niby się broniłam, ale skupiłam się cała w sobie, żeby to zapamiętać.
2.10
Kiedyś zadzwoniłam, choć nie miałam siły, ale niedzwonienie kosztowałoby mnie więcej. Opowiadał o śmierci swojego kolegi. „Że rano, że padało, że to normalne, że umieramy, żeby zrobić miejsce dla takich jak ty”. Tak się dopytywał o moją cukrzycę. A jeśli nie cukrzycę, to przynajmniej chorobę oczu, jakby chciał usłyszeć, że jest gorzej i będę mogła umrzeć za niego. Już gdy byłam mała rozważał, że ja umrę pierwsza. Szczególnie wtedy, gdy byłam niegrzeczna.
Tak kiedyś głodował, że nie zdołał się nigdy najeść? Chociaż jadł i jadł.
4.10
Dzisiaj zauważył mój makijaż. Pochwalił go bardzo. I bluzkę. I podziękował, nawet nie pamiętam, za co. Nigdy tego nie robił. To tak jakbym poczuła nowe uczucie, nie znając jego nazwy. I jeszcze mimochodem przez niego rzucone i przeze mnie w locie złapane - „Bo ty dobre dziecko jesteś”.
A mnie jakby wyremontowali w trzy sekundy, od piętra aż po samą górę. I czuję, jakbym się stawała z powrotem, choć długo mnie nie było. I taka dziewczynka znowu…i nie muszę być dzielna na siłę.
10.10
Telefon zadzwonił, gdy byłyśmy w windzie. Z końca korytarza wołała pani Stasia, machała pani Stasia. Żeby szybciej, szybciej! Myślałam. Nie. Nic nie myślałam. Ja w drzwiach z korytarza do sali. Mój Tata w drzwiach z sali na korytarz. To tak teraz wygląda? Na metalowej blasze jak dla kurczaka, tylko rozmiarów człowieka, mój Tata dziwnie wykręcony w bok. Niedomknięte oko było pełne złości. A może to tylko wyrzuty sumienia, które gdzieś mi zaległy, gdzie nie dotarło ciepło z ostatnich dni.
I wycofał się kierowca blachy. I pozwolił pożegnać się jeszcze w sali. A Pani Stasia powtarzała, że już go chcieli zabrać, a ona prosiła, zatrzymywała. A gdy go wywozili z sali już po dwóch godzinach oczekiwania, czy przypadkiem śmierć się nie pomyliła, to był nagi, a w pielusze jakby kawałkiem materii przepasany.
Rzeczy do pozbierania: leki, okulary, piżama i biedne paputki. Wysokie, ciepłe, jakby rozdeptane albo raczej wystraszone schowały się pod łóżkiem. Nie mogłam przestać myśleć o tym, że nie dałam mu krówki. Nie smakowała mu gorzka kawa. Ale miał wysoki cukier. Jak dziecko chciał uprosić, żebym odpakowała mu krówkę, ale ja się nie zgodziłam…
14.10
Wkładam Tacie do trumny krówkę z włosem Mamy, żeby trafił… Śmiejemy się nad trumną. Córki własnego Ojca. Ale ten w trumnie to nie nasz Ojciec. Albo pan z prosektorium spodziewał się wielkiej widowni i tak bardzo się postarał. Albo naszemu Ojcu do końca nie zabrakło poczucia humoru. Zawsze rozwalał rodzinne imprezy, ale żeby w takiej chwili… Jeszcze wczoraj byłam przerażona, czy pan z prosektorium nie pomyli ubrań. Bałam się, że złamie się sztuczna szczęka (wiozłam ją w bucie) albo że Tata może dostać spodnie kogoś innego. Ale żeby wymienić się całym środkiem?
Wyprasowany, łącznie z dłońmi i twarzą. W skórze jakby rozpiętej między ostrym czubkiem nosa a palcem wielkim stopy. Z warstwą pudru, która starała się zasłonić ślady po kroplówkach.
Nerwowo chichotałyśmy, zalewając się łzami. Poznałam koszulę. Na szczęście pasowała. I buty. Malina pastowała.
I nie mogłyśmy przestać powtarzać, że zrobił nam numer w swoim stylu, bo nie chciał nas martwić, bo nie chciał, żebyśmy cierpiały…
1.11
Jestem sama w tłumie. Wyczytują nazwiska. Chcę, żeby mnie nie było. Nie ma się gdzie ukryć. Nikt nikomu nie pomoże. Jakiś facet obok jest oburzony, że dzieci wyrzucają przez okna. I rozbijają się o ciężarówkę, którą on jeździ do pracy, choć to nie jego ciężarówka, i rozbijają oni, więc to nie jego wina…
Taki sen. Współczesna wersja obozu i kolejki do gazu? Genowy przekaz strachu od Taty?
2.11
Próbuję uporządkować papiery. I po chwili już wiem, dlaczego nie mogłam się odczepić od myśli, żeby przytulić jego łysą głowę. Tam go najczęściej bili…
Znajduję dokument, którego nie mogę do końca przeczytać. A potem nie mogę przestać. Suche fakty o tym, że dom dziecka, obóz koncentracyjny, więzienie, bicie, poniżanie, choroby… mój Tata. Czy dlatego tak często czułam ból poza czas i zrozumienie?
W szpitalu był bardzo pogodny. Tylko czasami spazm płaczu zmieniał mu twarz. Szeptem pytał - „Jesteście bezpieczne? Nie podsłuchują”? A więc to nie było gadanie po lekach?
I refleksja, jak bardzo nas ochronił, nie opowiadając o tym wszystkim, co mu zrobiono. A jednocześnie coraz mocniej gratuluję jemu i sobie, że udało nam się samych siebie doprowadzić w to miejsce, w którym jesteśmy.
I czytam, jak był katowany i pytam, jak to możliwe, że przez całe życie nie rozmawialiśmy o tym? I przychodzi myśl, że nie mogło być inaczej. Bo przecież ledwo mogę to znieść z drugiej ręki. Nie bezpośrednio, nie o własnym Ojcu, a tym samym jakby o samej sobie. I myślę, że jedyną metodą oswojenia tego koszmaru było zaprzeczyć, wyśmiać, umniejszyć. Wszystko, co trudne, zastało schowane do jednego pojemnego pudełka pod nazwą „żółte papiery”, a potem gdzieś wystawione jak nie swoje.
08.12
Obudziłam się w nocy. Kiedyś wstawała ze mną Mama. Teraz wstaję sama. I nikt ze mną, ani ja z nikim. To nie była decyzja, ale tak się jakoś stało, że będzie lepiej nie wstawać, dlatego nie mam dzieci.
Budzę się o trzeciej, ciemno, i boję się, że nie zdołam ogrzać mieszkania, że zabraknie na termostacie skali, a ja będę coraz bardziej chora i chora. A mój materac, który leży na ziemi, nigdy nie uniesie się na bezpieczną wysokość.
Tupot dziecięcych nóżek. Taki kadr z filmu. Takie nóżki, jak każde inne. Nawet nie widziałam twarzy. Ale te nóżki doprowadziły mnie do łez. Bo może nie będzie nic więcej, może nie może być? A może ja tego wcale nie potrzebuję, tylko brak szuka nasycenia, a reklamy wiedzą lepiej ode mnie? Nie byłabym dobrą matką. Ledwo sama mam siłę, żeby żyć.
21.12
Powiedział mi ktoś, że nie ma problemu z zaakceptowaniem faktu, że życie kończy się „tu i teraz”, a potem nie ma nic. Wyobraziłam sobie, że nie ma ciągu dalszego i poczułam, że ok., tak może być. I nagle uświadomiłam sobie, że moja wiara nie wynika ze strachu. Nie boję się kary i nie wierzę na wszelki wypadek, na ewentualność istnienia Boga. Nie muszę wierzyć, chcę. Bo z dnia na dzień uświadamiam sobie coraz mocniej, że Boga nie ma. I, że Bóg jest. I to jest właśnie wiara.
To tak jak z wybaczeniem. Wybaczyłam. I czuję, jak łatwo to stracić. Bo to jak stąpanie po cienkiej linie. I już jesteś w pionie, i już nogą zahaczasz powietrze, i albo w te, albo wewte… Po jednej stronie - ”powinni, nie zrobili, ich wina, ja zdradzona”, a po drugiej duża łąka. Taka mi się śniła, gdy zmarł mój Tata.
Nie walczyć, odejść w stronę kwiatów. Nie zrywać. Po prostu wąchać. To pomaga. Uwalnia serce, a przecież tam zapada decyzja, które ze słów się urodzą.
Autorka: Urszula Sochacka
© Copyright Zwierciadło 2008 | projekt i wykonanie discipline Media Group